Rejs w liczbach:

2

Pełnomorskie jachty

6

Odwiedzonych portów

12

Zadowolonych uczestników

9,5 m

Długość jachtów

110

Godzin żeglugi

543 Mm

Przebytej w morzu drogi

Kontur wyspy Christianso

W telegraficznym skrócie - podsumowanie:

Płynęliśmy 2 jachtami w 12 osób

9-metrowe s/y "Zawierucha" i s/y "Perełka", 10 członków załogi i 2 kapitanów (kpt. jacht. Grzegorz Dronka i jsm. Bartosz Węcki).

Odwiedziliśmy 6 portów

Wypłynęliśmy 23.07. z Gdyni; byliśmy we Władysławowie, Ustce, Christianso, Allinge; 30.07. dopłynęliśmy do Gdańska.

Zdobyliśmy duże doświadczenie techniczne...

Obie załogi holowały i były holowane; kwestie związane z pracą silnika, poziomem oleju czy ładowaniem akumulatorów nie są nam już obce.

Dokładnie poznaliśmy polskie porty

Z konieczności zawinęliśmy z którymś z naszych jachtów na holu do Władysławowa i Ustki. Dojście do nadbrzeża bez sprawnego silnika i żagli? Wystarczy inercja i doświadczenie kapitana :)

Poczuliśmy klimat Christiansø!

Odwiedziliśmy niewielką, z utrzymaną w stanie historycznym zabudową, duńską wyspę Christiansø, położoną 10 Mm od Bornholmu, na który zresztą też nie omieszkaliśmy zawinąć.

Kapitanowie pokazali nam dobrą praktykę morską

Płynęliśmy pod dobrymi, doświadczonymi kapitanami; nieraz i po 30 godzin ciągłej żeglugi, dniem i nocą. Nauczyliśmy się sprawnie i bezpiecznie prowadzić jacht po morzu.

Poznaliśmy smak żeglarskiego życia

Gotowanie posiłku przy ~5 st. w skali Beauforta na morzu na małej jednostce? Coś jeść było trzeba, a z pomocą przyszła tu zamontowana przegubowo kuchenka ;) .

Po rejsie zabawiliśmy w Trójmieście

Z powodu ŚDM przechowalnie bagażu na dworcu są zamknięte, jest rano, a powrót dopiero wieczorem? Zostaliśmy gorąco przyjęci przez mieszkającą w Trójmieście ciocię jednego z uczestników rejsu.
Kontur wyspy Christianso

Wybrane wrażenia:

"Nie osiągnęliśmy zamierzonego celu - Karlskrony – co tylko potwierdza starą, żeglarską prawdę: nie wpisuje się portu docelowego przed jego osiągnięciem, a jacht to nie prom pasażerski, który zawsze dociera do wyznaczonego celu, o określonej godzinie..." kpt. jacht. Grzegorz Dronka Kapitan s/y "Zawierucha"
"Jestem zadowolony z osiągnięcia większości naszych początkowych założeń: tj. ponad 100h żeglugi oraz odwiedzenia dwóch portów Danii. Niedopłynięcie do Szwecji pozostawia pewien niedosyt, jednak motywuje do organizacji kolejnych rejsów." jsm. Artur Tyński Drużynowy 1HDW
"Mimo, że to mój drugi rejs, był on dla mnie wyzwaniem [...]. Jest poczucie niedosytu , ale to chyba dobrze, bo chce się wracać na morze. Z taką ekipą i kapitanem można niejedno morze podbijać." żj. Grażyna Bartosiewicz Była załogowa załogi jungów
"Zdobyłam cenne doświadczenie, zwiedziłam kolejny kawałek świata [...]. Mogłam być świadkiem cudów natury, takich jak wschód/zachód słońca na pełnym morzu lub rozgwieżdżone niebo, gdy nie przeszkadza żadne światło..." Wiktoria Rożnowska Członkini kadry załogi sztormanów
Tekstura starej, pojedynczej, ciemnej, drewnianej deski

Pełne relacje uczestników:

Był to pierwszy rejs morski Drużyny od wielu lat – to, że doszedł do skutku, świadczy o podążaniu w dobrą stronę, choć na pewno jest jeszcze wiele do poprawienia, zmienienia… Przepłynęliśmy 543 Mm w 110 h; całkiem dużo, chociaż można by więcej, gdyby nie, niezależne od nas, awarie jachtów. Nie osiągnęliśmy zamierzonego celu – Karlskrony – co tylko potwierdza starą, żeglarską prawdę, że nie wpisuje się portu docelowego przed jego osiągnięciem, a jacht to nie prom pasażerski, który zawsze dociera do wyznaczonego celu o określonej godzinie. No i stolica rejonu Blekinge pozostanie w Nas jako pewnego rodzaju wyzwanie, bo jak nie teraz, to pewnie kiedyś indziej. Pozostały nam wspomnienia, doświadczenia i wnioski na przyszłość. Myślę, że im więcej czasu upłynie, tym mniej będziemy pamiętać stacyjkę na „Perełce czy kontrolkę ciśnienia oleju na „Zawierusze”, a więcej o fajnej przygodzie i czasie spędzonym wśród ludzi z Drużyny.

kpt. jacht. Grzegorz Dronka

 

Po wieloletniej przerwie wróciliśmy do tradycji organizowania samodzielnych rejsów Jedynki, co mnie osobiście bardzo cieszy. Tegoroczna wyprawa dla wielu harcerzy była pierwszą okazją do przełożenia swojego dotychczasowego – śródlądowego doświadczenia na fale Bałtyku. Jestem zadowolony z osiągnięcia większości naszych początkowych założeń: tj. ponad 100h żeglugi oraz odwiedzenia dwóch portów Danii. Niedopłynięcie do Szwecji pozostawia pewien niedosyt, jednak motywuje do organizacji kolejnych rejsów. No i… sam nie byłem wcześniej we Władysławowie oraz Ustce, więc mimo wszystko nawet ten niespodziewany obrót spraw oceniam na plus.

jsm. Artur Tyński

U góry czarno-biały szkic działa, pod nim zaokrąglony napis 'Rejs 1HDW Morze Bałtyckie - Lipiec 2016'. Elementy te są umieszczone na zdjęciu z perspektywy działa fortowego na wyspie Christianso patrzącego na wejście do portu

Tegoroczny rejs drużyny był pierwszym rejsem pełnomorskim w moim życiu. Zanim wypłynęliśmy było dla mnie wielką zagadką, jak to wszystko będzie wyglądać: wachty, codzienne życie na jachcie, jak będzie w moim przypadku z chorobą morską. A co mogę powiedzieć po rejsie? Zdobyłam cenne doświadczenie, zwiedziłam znów inny kawałek świata. Moim ulubionym przystankiem było Christianso i Frederikso. Małe, urokliwe wysepki na Bałtyku, połączone mostem. Myślę, że ich największą magią jest to, że jedynym sposobem dostania się na nie jest droga morska, wiec są całkowicie odłączone od świata zewnętrznego. Mogłam być świadkiem cudów natury, takich jak wschód/zachód słońca na pełnym morzu lub rozgwieżdżone niebo gdy nie przeszkadza żadne światło. Po pełnym wrażeń tygodniu z niecierpliwością czekam, aż nadarzy się kolejna okazja, aby znów gdzieś wypłynąć.

Wiktoria Rożnowska

 

Mimo że to mój drugi rejs, był on dla mnie wyzwaniem – gdy na tak małej powierzchni znajduje się tak dużo znajomych i przyjaciół. Pełno obaw przed różnymi kryzysowymi sytuacjami, bo to różnie z ludźmi bywa. Lecz to, co zaskoczyło, to nie ludzie, lecz sprzęt. Wszystkie wcześniejsze obawy minęły, atmosfera przewyższyła oczekiwania. Mimo problemów udało nam się zwiedzić część małego świata. Jest poczucie niedosytu, ale to chyba dobrze, bo chcę się wracać na morze 😉 . Z taką ekipą i kapitanem można niejedno morze podbijać 😀

żj. Grażyna Bartosiewicz

 

Tekstura starej, pojedynczej, ciemnej, drewnianej deski

Zajawka pełnej galerii:

Tekstura starej, pojedynczej, ciemnej, drewnianej deski

Relacja:

 

Warsztaty nawigacyjne

Dobry rejs wymaga odpowiednich przygotowań. Oprócz złożonych przygotowań organizacyjno-logistycznych, ważnym elementem było odpowiednie przygotowanie załogi.

Widok na uczestników warsztatów nawigacyjnych, zorganizowanych przed rejsem 1HDW w 2016r.

Warsztaty nawigacyjne

Z tego powodu spotkaliśmy się przed rejsem, na naszej stanicy wodnej w Boguchwałowicach, gdzie, zaprawiony w morskich wyprawach, jsm. Bartosz Węcki, pełniący funkcję Ratownika naszej Drużyny, przeprowadził dla nas warsztaty nawigacyjne.

Przećwiczyliśmy to, co później robiliśmy na co dzień – wyznaczanie kursów, zaznaczanie pozycji jachtu na mapie, prawidłowe wypełnianie dziennika pokładowego. Mieliśmy także możliwość poznania podstaw używanej coraz rzadziej nawigacji zliczeniowej.

 

Początek przygody – odbiór jachtów w Gdyni

Dotarcie do Gdyńskiej Mariny

Rejs rozpoczął się od zebrania się wszystkich uczestników w sobotni poranek w pięknym i prestiżowym Basenie Żeglarskim M. ZaruskiegoMarinie Gdynia, w pobliżu CWM ZHP, gdzie byliśmy umówieni na odbiór jachtów. Do Gdańska przyjechaliśmy w większości o 4 rano, a po 5. byliśmy już na Gdyńskim Dworcu. Następnie, po dojściu do morza, mieliśmy okazję oglądać ciekawą organizacyjnie akcję przesiewu piasku z Gdyńskiej plaży przez traktory z wyspecjalizowanym osprzętem miejskich służb.

Przygotowania techniczne jachtów
Załoga czeka na przekazania jachtu w Marina Gdynia

Czekając w Gdyńskiej Marinie

Po przywitaniu się ze znajomymi załogami zdającymi jachty i zostaniu przez nich poczęstowanymi gorącą herbatą, rozpoczęliśmy powoli potrzebne do wypłynięcia przygotowania. W międzyczasie pojawił się przedstawiciel armatora, który próbował wymienić stacyjkę silnika na naszym jachcie. Próbował, ponieważ wymieniona stacyjka okazała się być jeszcze mniej sprawna (w ogóle nie działała) od poprzedniej, uruchamianej profesjonalnie przy użyciu płaskiego śrubokrętu, zamiast kluczyka 😉 .

Cóż, mówi się trudno i żyje się dalej – przecież przez poprzedni tydzień, na tych samych jednostkach, po wodach Zatoki Gdańskiej żeglowali nasi przyjaciele z Bytomskiej Dwójki. Skoro oni dali radę, to czemu my mielibyśmy nie dać? 🙂

 

Zaopatrzenie
Bar Mleczny Słoneczny - Widok frontu od ul. Władysława IV

Bar Mleczny Słoneczny

Uzupełniliśmy wodę w jachtowych zbiornikach (po dłuugich poszukiwaniach potrzebnego do tego węża, które niestety nie stanowią standardowego wyposażenia polskich marin). Załadowaliśmy przygotowane według sprawdzonej w wielu rejsach listy zakupów naszego kapitana jedzenie oraz potrzebne wyposażenie.

Głodni po wykonaniu koniecznych przygotowań, ponownie dzięki doświadczeniu naszego kapitana, pierwszy obiad w czasie rejsu zjedliśmy w wartym polecenia Barze Mlecznym Słonecznym 🙂 .

Szkolenie i organizacja załóg

Będąc świadomymi roli bezpieczeństwa, mimo wcześniejszych warsztatów na naszej stanicy, powtórzyliśmy najważniejsze informacje, tym razem mając możliwość zobaczenia wszystkiego na żywo i w praktycznym działaniu.

Prowadzone przez kapitana szkolenie obejmowało: obsługę jachtowych instalacji, najważniejsze przepisy oraz zasady składające się na dobrą praktykę morską, ustalenie podziału na wachty i zasad organizujących nasze życie przez kolejny tydzień morskiej podróży. Dokładnie poznaliśmy jacht, który był w czasie rejsu naszym małym, pływającym domkiem.

 

Etap I: Rejs po Zatoce Gdańskiej!

Wyjście w morze – początek rejsu

Przed zmierzchem, po raz pierwszy w tym rejsie, wychodzimy z portu – na razie na wody spokojnej Zatoki Gdańskiej. Idziemy ostro, na żaglach, przez noc. Kierujemy się na krawędź półwyspu Hel, żeby go minąć i pójść prosto na Bornholm.

Jest noc, poza coraz dalszymi światłami lądu nie widać nic. Raz na jakiś czas mijamy ciemną, rybacką boję, oznaczającą krawędź ich łowiska, o czym dowiadywaliśmy się ledwie kilkanaście metrów przed ich minięciem 😉 . U góry, piękną czerwienią i zielenią, subtelnie świecą światła nawigacyjne naszego jachtu.

Pierwsze problemy…

Jest 3.30 nad ranem, powoli zaczyna świtać, zbliża się koniec mojej wachty, ale niestety wiatr gaśnie. Jesteśmy całkiem blisko Helu. Gdy wiatr całkiem zgasł – decyzja kapitana – odpalamy silnik! Pierwsza próba, druga, silnik nie odpala

Rzut oka na jachtowe przyrządy, wskazujące m.in. poziom paliwa, poziom słodkiej wody w zbiornikach, napięcie akumulatora i bieżący pobór prądu uświadamia nam powód awarii – akumulatory rozładowały się poniżej poziomu pozwalającego na rozruch silnika, w ciągu niespełna 8 godzin rejsuKi czort, przecież wychodząc z portu mieliśmy je naładowane powyżej połowy! – myślimy.

 

Etap II (nieplanowany): Szlakiem portów polskiego wybrzeża 😀

W grupie raźniej
Widok na holujący s/y "Perełkę" s/y "Zawierucha"

Raz na holu, raz holując…

Na szczęście w nieszczęściu, nie płynęliśmy sami, a braterska ekipa z dzielnej „Zawieruchy” bierze naszą „Perełkę” na hol i idziemy razem do Władysławowa. Pomocne w tej sytuacji było także to, że byliśmy jeszcze w zasięgu sieci komórkowej z polskiego wybrzeża. Bez prądu nie moglibyśmy skomunikować się poprzez radiotelefon VHF (UKF’kę), typowy środek komunikacji jednostek pływających po morzach i oceanach, a w ciągu tych paru godzin żeglugi, po wewnętrznych wodach zatoki Gdańskiej, trochę się od siebie oddaliliśmy.

Do portu Władysławowo wpływamy „z hukiem„, choć silnik nie pracował (bo nie mógł 😉 ), a wszyscy załoganci, zajmujący wyznaczone stanowiska manewrowe, zgodnie z żeglarskimi zasadami, pokazując nasze zgranie i dobre wyszkolenie, przypisane do poszczególnych stanowisk zadania realizowali sprawnie i cicho. „Głośne” było miejsce, do którego przycumowaliśmy oraz sposób wykonania tego manewru.

 

W porcie Władysławowo – wejście

Nie byliśmy w stanie uruchomić silnika, a wiatr nie wiał, więc o wejściu na żaglach również nie było mowy. Weszliśmy więc z minimalną prędkością do portu, na holu „Zawieruchy”, po czym oddaliśmy hol. Bez napędu nie było możliwości jakiegokolwiek powtórzenia manewru lub jego części, dlatego też wszystkie niezbędne czynności musiały być wykonane perfekcyjnie i za pierwszym razem. Czyli w sumie tak, jak zawsze być powinno, jednak tym razem, oprócz dobrego imienia żeglarza, w grę wchodziły jeszcze czynniki stricte praktyczne.

Do części portu przeznaczonej dla jachtów nie mieliśmy szans dojść, szczególnie przy tamtejszym układzie Y-bomów. Suniemy więc powoli, niesieni wyłącznie niewytraconą jeszcze siłą rozpędu, równolegle do głównej krawędzi basenu portowego. Jacht wytraca prędkość, dziobem powoli dochodzimy do krawędzi, padają komendy stojącego u steru kapitana na cumę dziobową i desant. Niezwłocznie rzucam cumę, skaczę – jest, udało się, stoimy! Dokładamy cumę rufową, poprawiamy na najlepszą możliwą wysokość odbijacze.

Zadowoleni z perfekcyjnego wykonania trudnego manewru, wychodzimy na ląd i rozglądamy się wokół. Okazało się, że stanęliśmy dokładnie na wysokości budynku bosmanatu Portu Morskiego Władysławowo, blokując dostęp do niego i sąsiedniego zakładu przetwórstwa ryb 🙂 .

Techniczna pierwsza pomoc

Miejsce postoju dobre, czy nie, akumulatory trzeba było naładować, co też od razu zaczęliśmy robić. Po technicznych konsultacjach telefonicznych dowiedzieliśmy się, że akumulator odpowiedzialny za wszystkie funkcje życiowe jachtu i drugi, odpowiedzialny za rozruch silnika, mogą, ale nie muszą, być połączone ze sobą równolegle.

Okazało się, że w rufowej kajucie jachtu znajduje się magiczny przełącznik, którym można rozłączyć akumulatory. Dzięki temu działaniu będziemy mieli pewność, że zawsze będziemy w stanie odpalić silnik. Uzbrojeni w tą wiedzę, po ładowaniu akumulatorów przez dzień i noc, kolejnego dnia rano wypływamy. Cel pozostaje bez zmian – idziemy w kierunku północnego krańca Bornholmu, celując w wyspę Christianso.

 

Na Bornholm! Podejście II

Przechylony jacht oświetlony smugami zachodzącego słońca

Morski zachód…

Bez przeszkód, sielankowo wręcz, płyniemy przez cały dzień. Zapada noc, płyniemy dalej, utrzymując między naszymi jachtami dystans umożliwiający na wzajemne dostrzeżenie swoich pozycji. Jesteśmy w 1/3 drogi na Bornholm, jest środek nocy, wytrwale idziemy na żaglach. Powtarza się schemat – na parę godzin przed świtem cichnie wiatr, lecz tym razem z sukcesem przechodzimy na silnik.

Przez chwilę idziemy dalej, gdy, jak grom z jasnego nieba, gruchnęła hiobowa wieść – tym razem z „Zawieruchy” – teraz to oni nie mają sprawnego silnika… Niezwłocznie po usłyszeniu tej piorunującej wiadomości przez UKF’kę skierowaliśmy się na ich światła nawigacyjne, świecące w oddali, niemal na samym krańcu widnokręgu.

Dopływamy do nich, niczym somalijscy piraci okrążamy „Zawieruchę”, starając się dojść do nich możliwie najlepiej na lekko zafalowanym morzu. Podchodzimy do nich burta w burtę, umożliwiając naszemu kapitanowi na analizę sytuacji naszych jachtów razem z kapitanem „Zawieruchy” – w końcu, co dwie głowy, to nie jedna 😉 .

 

Morskie urodziny

Bezpośrednie spotkanie na morzu dwóch jednostek, rzadka na morzu sytuacja, została przez nas wykorzystana dodatkowo do wspólnego odśpiewania „Sto lat” obchodzącemu od paru godzin urodzin Michałowi z naszej załogi, mimo bardzo nietypowej dla tego typu tradycji godziny i miejsca 😀 . Na ten moment nawet nasze bieżące problemy odeszły na drugi plan, bo w końcu urodziny ma się tylko raz w roku, prawda? 🙂

Trudna decyzja – rezygnacja z (czy tylko odwleczenie?) planów

Byliśmy poza zasięgiem sieci telefonicznej, więc nie było możliwości skonsultowania sytuacji z armatorem, który z pewnością sprawniej zinterpretowałby stan techniczny „Zawieruchy”. Niestety, zdając sobie sprawę z potencjalnych uszkodzeń przy dalszej pracy silnika, jakie może sygnalizować świecąca wściekle ostrzegającym światełkiem kontrolka oleju, zdecydowaliśmy się na kolejną zmianę planówTrudne sytuacje wymagają twardych decyzjiwracamy na polskie wybrzeże.

Jako port docelowy wybrana została Ustka. Oczywiście, wykorzystaliśmy okazję do odwdzięczenia się za udzieloną nam przez naszych współtowarzyszy morskiej tułaczki wcześniej pomoc, biorąc na hol tym razem ich jednostkę. W tym momencie wiedzieliśmy, że pierwotny plan rejsu, w którym była jeszcze Szwecka Karlskrona, jest nie do zrealizowania. Czy było to jedynie odwleczenie planów morskich eksploracji naszej drużyny, a nie całkowita rezygnacja? Z pewnością dołożymy wielu starań, żeby tak się okazało 🙂 .

 

W porcie Ustka
Jacht s/y "Zawierucha" stojący w porcie jachtowym w Ustce

Postój w porcie Ustka

Kolejnego dnia dopłynęliśmy do Ustki. Niestety, z mechanikiem mogliśmy umówić się dopiero wtedy, gdy znaleźliśmy się w zasięgu sieci telefonicznej, więc ponownie przyszło nam czekać całą noc w porcie.

Jak to jest z tą komunikacją na morzu?

W tym momencie wielu czytającym może pojawić się pytanie, jak wygląda komunikacja małego jachtu na morzu. Odpowiem na nie za chwilę, w sekcji „Życie na morzu”, w akapicie pod tytułem „Komunikacja na morzu„.

Rankiem kolejnego dnia przyszedł umówiony wcześniej mechanik. Wielka „awaria” silnika na „Zawierusze” okazała się być… zwykłym zwarciem elektrycznym, powodującym świecenie wywołującej tak duże nerwy i podjęcie daleko idących w skutkach decyzji kontrolki oleju.

Korzystając z obecności mechanika na miejscu, poprosiliśmy o profesjonalne oględziny stanu technicznego także i naszego jachtu. Po uzyskaniu dostępu do elementów instalacji elektrycznej jachtu, wszystkie poprzednie wydarzenia stały się jasne. Z powodu uszkodzenia stacyjki, przy wyłączonym silniku alternator pobierał z akumulatora prąd, co skutkowało jego błyskawicznym rozładowaniem… Gdyby w dniu rozpoczęcia rejsu stacyjka, zgodnie z planami, została wymieniona, nie byłoby problemu. Przynajmniej ta sytuacja była okazją do zdobycia doświadczenia w dziedzinie pracy jachtowych instalacji i silnika 😛 .

Oczywiście, żeby nie było zbyt kolorowo, okazało się, że Pan mechanik nie ma przy sobie stacyjki na wymianę. Jego podróż w jedną stronę, z powrotem, a następnie wymiana trwały kolejne 3 godziny 😉 .

 

Życie na morzu

W końcu płyniemy!
Sternik sterujący małym jachtem s/y "Zawierucha" na Morzu Bałtyckim przy dużym przechyle

Przechyły!

Spragnieni morskich wojaży, ze sprawnymi jachtami, ale, niestety, i kurczącym się pozostałym czasem rejsu – wypływamy! Wypływamy na, jak je nazwała Grażyna, „głębokie wody” – czyli ponad 30h ciągłej żeglugi. Jachtowe życie podzielone na 2 wachty zapewniło każdemu z nas naprawdę spooro praktyki 🙂 .

Momentami wiało mocno, jak na wielkość naszych jachtów, oczywiście. Wiatr dochodził w porywach do 5 stopni w skali Beauforta. Dało nam to okazję do nauki sztuki sterowania jachtem na większej fali.

Posiłek gotowany na pełnym morzu podczas rejsu 1HDW Bytom

Gotowanie na morzu

Bujało też mocno, zwłaszcza w środku. Tego dnia, właśnie mojej wachcie przypadła wachta kambuzowa, więc miałem okazję nauczyć się gotowania w naprawdę ekstremalnych, przynajmniej jak na lądowe standardy, warunkach. Po tym doświadczeniu balans kelnerów przy pracy z pewnością nie wydaje już mi się być czymś aż tak niezwykłym 😛 .

Dzięki przygotowanym przez nas przed rejsem wekom, ponownie dzięki cennej radzie naszego kapitana, wynikającej z jego morskich doświadczeń, wyszło naprawdę smacznie i pożywnie. Mimo tego, dziewczyny z naszej załogi nie doceniły tego 😀 , zasłaniając się chorobą morską i jedząc malutkie porcje. Mieliśmy więc z Michałem okazję przetestować kolejne zalecenie kapitana. Wg niego najlepszym sposobem na chorobę morską jest pełny żołądek – potwierdzamy skuteczność tego rozwiązania 😉 .

 

Jacht pełnomorski – jak to działa?
1szy oficer rejsu uzupełnia dziennik pokładowy na s/y "Perełka" - Lipiec 2016

Uzupełnianie dziennika pokładowego

Jacht w morzu, niezależnie od tego, czy jest duży, czy mały, musi być w pełni samowystarczalny. Organizacja jachtowego życia obwarowana jest wypracowaną przez wieki, żeglarską tradycją oraz dobrą praktyką morską, a pewne kwestie dodatkowo uregulowane są przez międzynarodowe przepisy prawne. Jest to bardzo szeroki temat, którego rzetelne opisanie wymaga co najmniej osobnego artykułu, jeśli nie całej książki 😉 .

Na co dzień, każdy z członków załogi musiał potrafić sprawnie obsługiwać osprzęt nawigacyjny, na który składały się m.in.: radiotelefon VHF; odbiornik GPS; komplet map nawigacyjnych; locje wybranych obszarów Bałtyk. Musiał także umieć wyznaczać kursy do celu żeglugi, odczytywać bieżący kurs, zaznaczać pozycję jachtu na mapie, kontrolować stan jachtowych systemów.

Dodatkowo, pierwszy oficer był odpowiedzialny za zapalanie i gaszenie świateł nawigacyjnych oraz za podliczanie wpisów z każdego dnia w dzienniku pokładowym. Drugi – za zaopatrzenie jachtu, opłaty i formalności portowe. Oficer wachtowy – za poprawne dokonywanie wpisów co godzinę, w czasie trwania jego wachty.

 

Harcerstwo wodne = doskonałe przygotowanie do pełnomorskich wypraw i rejsów!

Wiele spośród tych, wymagających specjalistycznej wiedzy i umiejętności, zagadnień ułatwiały nam nasze wcześniejsze, wodniackie doświadczenia, wyniesione z naszego stażu w strukturach 1HDW.

Widok zachodzącego słońca na plaży

Kontury harcerskiej bandery na tle widoku z trójmiejskiej plaży

 

Organizacja życia w wachty przyszła nam naturalnie, ponieważ na co dzień, w załogach naszej drużyny, funkcjonujemy w obrębie wacht – małych grup. Dodatkowo, na wyjazdach, biwakach i obozach uczymy się pełnienia odpowiedzialnych funkcji, we wszystkich możliwych porach doby. Podczas nich, warta pilnuje drogiego, wodnego sprzętu oraz bezcennego bezpieczeństwa śpiących uczestników. Te doświadczenia przekładają się bezpośrednio na rzetelne pełnienie swojej wachty w dzień czy w nocy, od którego zależy życie załogi i bezpieczeństwo jachtu.

W czasie OSW oraz pozostałych, wspólnych dla środowiska śląskich wodniaków spływów, wypełniamy dzienniki naszego AMAR-u. Uczy nas to późniejszego, właściwego wypełniania dziennika pokładowego.

Nie możemy też zapomnieć o doskonałej, harcerskiej szkole żeglowania, z której wywodzi się przecież polski system patentów żeglarskich! Gdyby nie pierwsze kroki w żeglarstwie na naszych, drużynowych Harcerskich Stanicach Wodnych i w chorągwianych Harcerskich Ośrodkach Wodnych, pozwalających na naukę bezpiecznej i sprawnej obsługi jachtów śródlądowych, rozwijanych następnie w harcerskich rejsach po Mazurach i innych akwenach śródlądowych, nie bylibyśmy w stanie przeprowadzać pełnomorskich rejsów.

 

Komunikacja awaryjna na morzu

Wracając do tematu komunikacji awaryjnej na morzu: zasięg radiotelefonu VHF, instalowanego na małych jednostkach, wynosi zazwyczaj od 10 do 20-paru Mm. Komunikacja tą drogą ograniczona jest przez wysokość, na której znajduje się antena (na skutek zakrzywienia powierzchni kuli ziemskiej) oraz przez moc, z jaką nadawany jest sygnał radiowy.

W tym miejscu może nasunąć się pytanie: „W takim razie, gdyby coś poszło nie tak, a jacht znajdował się poza tym zasięgiem, to jak taki jacht może wezwać pomoc?”. Odpowiedzią jest to, że na Bałtyku jest stosunkowo ‚tłoczno’ i najprawdopodobniej w zasięgu komunikacji znajdzie się jakaś jednostka, która, zobligowana tradycją żeglarskiego braterstwa i międzynarodowymi przepisami bezpieczeństwa na morzu, przekaże komunikat dalej. Dodatkowo, większe jednostki posiadają nadajniki większej mocy, umieszczone na wyższej wysokości, a zazwyczaj mają także możliwość bezpośredniego kontaktu z „lądowym światem”, np. za pośrednictwem satelitów.

Stanowisko nawigacyjne na s/y "Perełka" - Odbiornik UKF, GPS, Kontrolki jachtowych systemów, blat z mapami nawigacyjnymi

Stanowisko nawigacyjne

Co więcej, komunikacja radiowa jest jedynie jedną z form wzywania pomocy na morzu – oprócz nich stosuje się sygnały wizualne (świetlne – używając środków pirotechnicznych, obecnych na wyposażeniu pełnomorskich jednostek; przy użyciu symboli i flag MKS), dźwiękowe (powtarzane długie dźwięki; powtarzane serie uderzeń w dzwon; wystrzał armatni lub inny sygnał detonacyjny dawany w odstępach ~1 min.) oraz wiele, wiele innych.

Z pewnością warte wspomnienia są jeszcze, bardzo skutecznie działające w obrębie niemal całej ziemi, obecne w czasie rejsu także na naszych jachtach: systemy radioboji EPIRB oraz sygnał „distress” nadawany w systemie Inmarsat. Zainteresowanych odsyłam do tabeli 8.1 „Sygnały wzywania pomocy na morzu” w rozdziale 8. pt. „Sygnalizacja i łączność” znanej powszechnie wśród żeglarzy książki „Żeglarz jachtowy i jachtowy sternik morski”.

 

Jak wygląda codzienność w czasie rejsu na pełnomorskim jachcie?
Dwoje żeglarzy opalających się na pokładzie jachtu przy słonecznej, bezwietrznej pogodzie

Chwile błogiego lenistwa 😉

Podczas rejsu czas, który nie spędzaliśmy na wachcie za sterem, gotując w kambuzie, czy nocą – na oku, spędzaliśmy na wielu ciekawych i rozwijających zajęciach, które były doskonałą odskocznią od problemów codziennego życia. Rozmawialiśmy ze sobą, mogąc poznać się jeszcze lepiej, niespiesznie, bo czas nie naglił, co w obecnym świecie zdarza się zdecydowanie zbyt rzadko. Czytaliśmy książki, wylegując się w promieniach słońca i słuchając szumu morza z innej, niż plażowej perspektywy. Przypomnieliśmy sobie, jak wspaniałą rozrywką może być zwykła, wspólna gra w karty 🙂 .

Po tygodniu takiego wypoczynku nie ma mowy o poczuciu niewypoczęcia, mimo stosunkowo dużych wyzwań psychicznych i fizycznych. Są nimi m.in.: konieczność wstawania w każde warunki o wyznaczonej porze na swoją wachtę; życie w 6 osób na niewielkiej przestrzeni; gotowanie w czasie przechyłów; czy też wypełnianie wszystkich pozostałych obowiązków, umożliwiających na funkcjonowanie jachtu.

Jest to po prostu podróż do innego, wspaniałego świata. Piękno widoku, gdy na całym widnokręgu nie widać nic, oprócz pofalowanego morza, nieba i słońca lub gwiazd jest nie do opisania, a na kołyszącym się jachcie trudno o chociaż częściowo obrazujące to zdjęcie. Budujące poczucie stawienia czołu wyzwaniu, ze wspaniałą ekipą, pracując ZESPOŁOWO – bo przecież każdy z nas, obecnych na tym rejsie, z pewnością nie poprowadziłby jachtu przez tydzień samemu… To wszystko składa się na przesunięcie granicy naszych możliwości i horyzontu postrzegania świata jeszcze dalej. Warto przeżyć to chociaż raz – serdecznie polecam każdemu taką przygodę! 🙂

Widok z wypływającego z portu Christianso jachty

Christianso

 

Etap III: Christianso i Bornholm

Christianso
Widok na Morze Bałtyckie w stronę Bornholmu z Christianso. Na pierwszym planie działo, na drugim cumujące przed wyspą duże żaglowce, w tle - kontury wyspy Bornholm

Widok z górnej części wyspy

Dopływamy rankiem do Christianso. Zwiedzamy w tempie ekspres, i to takim mocno podkręconym, bo po licznych i nieplanowanych przygodach, brakowało nam czasu na to, co mieliśmy w planowym rozkładzie 😉 . Na szczęście, dzięki obecności wśród nas kpt. jacht. Grzegorza Dronki, który, wśród swoich licznych pasji, potrafi wykazać się doskonałą znajomością historii, mogliśmy poznać najważniejsze informacje dotyczące wyspy nawet w ciągu naszego zaledwie kilkugodzinnego pobytu 🙂 .

Zwiedzanie wyspy było prawdziwą podróżą w czasie, pozwalającą nam poczuć ducha poprzednich epok. Fortowe działa, strzegące wejścia do portu, przypominają o dawnej, militarnej potędze tego miejsca. Historyczna zabudowa, pomalowana na intensywne odcienie żółci i bieli, albo pokryta jedynie surowym kamieniem. Malutki, historyczny port jachtowy, o charakterze skrajnie innym, niż większości typowych, polskich portów.

Niestety, czas naglił, a chcieliśmy jeszcze przynajmniej na parę godzin zawitać na Bornholm. Wyszliśmy więc, opuszczając urokliwą wysepkę i kierując się na położony stosunkowo blisko port, w duńskiej miejscowości Allinge-Sandvig.

 

Allinge-Sandvig
Scena na nabrzeżu - Alinge na Bornholmie - Ojciec z córką na skalistym brzegu Morza Bałtyckiego

Na nabrzeżu Allinge

Allinge. Zwiedzamy historyczną część miasta, wysyłamy pocztówki do domu, odwiedzamy wędzarnię i miejscowy sklep, w którym posługuje się dziurkowaną w środku, duńską walutą. Wychodzimy poza główną część miasta, w celu poznania tutejszego krajobrazu, miejscowej zabudowy i oryginalnych budynków użyteczności publicznej.

Piękna ścieżka spacerowa, zapewniająca nam okazję do rozmów w szerszym, niż załoga jednego jachtu gronie, prowadzi nas do urokliwego kamieniołomu. Sprawnie wracamy, żeby wyjść z portu przed zmierzchem, do czego obliguje nas dobra praktyka morska.

Ktoś, kto ukuł powiedzenie, że „nieszczęścia chodzą parami„, był zdecydowanie zbytnim optymistą 😛 – kpt. jacht. Grzegorz Dronka, prowadzący w naszym rejsie s/y „Zawierucha” od razu po jego zakończeniu miał płynąć jako kapitan wyprawy na s/y Weneda. Niestety, z powodów losowych, dowiedzieliśmy się, że wyprawa ta musiała zacząć się dzień wcześniej, co jeszcze bardziej ścieśniło nasz, i tak już zbytnio rozepchany, harmonogram.

Wychodzimy więc z portu, nie przerywając trwającego coraz dłużej, bo już ponad kilkadziesiąt godzin, ciągu morskiej i lądowej przygody 🙂 . Przeżywamy kolejne, długie żeglowanie – tym razem kierując się w stronę portu macierzystego naszych jachtów.

 

Etap IV: Powrót do domu 🙁

„Jak struna każdy bras […]”

„Zawierucha” gna prosto do Gdańska, aby jej kapitan zdążył nim być nim na kolejnej wyprawie, a my zahaczamy jeszcze o stację benzynową w Gdyńskiej Marynie, gdzie uzupełniamy nasz zbiornik paliwa i bierzemy dodatkowo zapas w kanistrach, w celu uzupełnienia zbiorników „Zawieruchy”, po naszym spotkaniu na miejscu docelowym. Podczas tankowania w Gdyni, w strugach ulewnego deszczu, sztormiaki przypomniały nam o swoim istnieniu, jako nieodzowna część ekwipunku morskiego żeglarza 🙂 .

W Górkach Zachodnich
Posiłek złożony z resztek zapasów na pokładzie małego jachtu zacumowanego w porcie

„Zupa-śmietnik z resztek zapasów…”

Po paru godzinach rejsu po rozpogadzających się wodach Zatoki Gdańskiej, dopłynęliśmy do Górek Zachodnich. Spotkaliśmy się z pozostałą częścią ekipy z drugiego jachtu, niestety, już bez jego kapitana, który pędził w tym momencie podbijać dalsze, północne wody 🙂 .

Przygotowane przez nas przed rejsem weki skończyły się, więc przygotowaliśmy wyjątkowo udaną, jak ze starej, harcerskiej piosenki „zupę-śmietnik z resztek zapasów” 😉 .

W końcu mieliśmy okazję, żeby na spokojnie spędzić więcej czasu razem z załogą „Zawieruchy”. Gitara, pobliska plaża, a gdy na niej zaczęło padać, nasza „Perełka” okazał się być wystarczająco pojemna dla 11 osób 😛 .

Ostatnią noc spędzamy na jachtach w porcie, a rano – doprowadzamy je do perfekcyjnego klaru przed ich zdaniem.

Po ich zdaniu i opuszczeniu portu wczesnym popołudniem, przed nocną podróżą powrotną, resztę czasu spędziliśmy w Trójmieście, do którego dotarliśmy miejscowym autobusem. W transporcie naszych ciężkich bagaży z portu na przystanek bardzo pomogli nam, dysponujący na miejscu samochodem, rodzice Karoliny, która również pędziła realizować kolejne, wakacyjne plany, za co im serdecznie dziękujemy 🙂 .

W pozostałej części Trójmiasta

Plan alfa zakładał zostawienie ciężkich plecaków i worków żeglarskich z naszymi tobołkami w przechowalni bagażu na Gdańskim dworcu. Niestety, po dojechaniu na miejsce dowiedzieliśmy się, że z powodu trwających w tym czasie w Polsce Światowych Dni Młodzieży przechowalnia jest wyłączona z użytku, z powodów bezpieczeństwa 🙁 .

Plan beta zakładał znalezienie innego schowka lub wykorzystanie którejś z harcerskich instytucji, które w takich sytuacjach prawie zawsze są dla innych harcerzy bardzo pomocne. Niestety, z powodu weekendu okazały się one być zamknięte. Ponownie na bakier z powiedzeniami, tym razem z tym o rodzinie i zdjęciach, ostatnią deską ratunku okazała się być dla nas przemiła i przesympatyczna Ciocia Karola, której w tym miejscu jeszcze raz gorąco dziękujemy! 🙂

Po jeszcze głębszym poznaniu działania trójmiejskiej komunikacji publicznej, dokładając do wypróbowanych już przez nas SKM-ki i autobusu miejscowy tramwaj, dotarliśmy do domu Cioci Karola. Jej dom znajdował się dosłownie parę kroków od plaży, z czego, po ciekawej rozmowie i zdawkowej relacji wrażeń z naszych morskich podbojów, ochoczo skorzystaliśmy.

Ostatnia prosta

Wieczorem wygospodarowaliśmy jeszcze parę godzin na spokojne zakończenie naszej wycieczki po trójmieście w pobliskiej, doskonałej Pizzerii. Powrotną podróż autobusem zdecydowanie lepiej pominąć milczeniem – warto zaznaczyć tyle, że w kolejny rejs z pewnością wybieramy się pociągiem 🙂 .

Widok na port Christianso

Malownicze Christianso – jeszcze raz 🙂

 

Wnioski i podsumowanie

Członkowie załóg obu jachtów rejsu 1HDW Bytom w 2016r.

Ekipa po dopłynięciu do Górek Zachodnich

Wrażenia ogólne

Jak słusznie podsumowuje Grażyna: „Zbyt dużo wspomnień do opisania, ten, kto był i widział – wie, o co chodzi. Ten, kto chce przeżyć coś podobnego, musi wybrać się w morze 😀 „.

O pogodzie słów kilka

Pogoda była z pewnością nie najgorsza – mieliśmy okazję popływać na żaglach przy małym wietrze, na większych falach, jak też i na silniku. Mogliśmy krótko zaznajomić się z pływaniem w deszczu i przy większych przechyłach, a przez większość rejsu świeciło piękne słońce. Dzięki temu dane nam było poznać dość spory obszar żeglarskich zagadnień – a dla wielu z nas był to pierwszy rejs pełnomorski.

Rola naszych kapitanów!
Kpt. jacht. Bartosz Węcki - Ratownik Drużyny 1HDW Bytom

„Każdy statek musi mieć kapitana”

Z pewnością w rejsie ogromna była rola naszych kapitanów – bez nich nie moglibyśmy popłynąć, wnieśli w organizację i przeprowadzenie rejsu olbrzymie zaangażowanie i wsparcie, służąc wieloma, cennymi radami i ciężką pracą.

Podzielili się z nami swoim, zdobywanym przez lata ciężkiej pracy, morskim doświadczeniem, doskonale ucząc nas rozmaitych zagadnień żeglarskiej sztuki. Z perspektywy czasy, z pewnością dużo dały nam warsztaty, które zorganizowali dla nas przed rejsem.

Właściwie pokazali nam dobrą praktykę morską, poprowadzili sprawną i bezpieczną organizacja naszego jachtowego życia. Dziękujemy Wam bardzo za to wszystko! 🙂

Doświadczona kadra żeglarska to z pewnością najcenniejszy zasób, jakim może dysponować każda harcerska drużyna specjalności wodnej i żeglarskiej.